Ponadstuletnia komedia Michała Bałuckiego, reżyseria Krystyny Jandy i bardzo dobrze dysponowany zespół aktorski. „Klub kawalerów” warszawskiego Och-Teatru, pokazany w poniedziałek podczas XXX Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia, udowodnił, że klasyczny tekst może nadal świetnie działać na widownię, jeśli zostanie zagrany z odpowiednim tempem, lekkością i wyczuciem komediowego rytmu.
W poniedziałek, 21 września, „Klub kawalerów” został pokazany w Centrum Sztuki Mościce dwukrotnie – o godz. 17 i 20. Oglądaliśmy drugi z tych spektakli. Publiczność bardzo dobrze przyjęła przedstawienie, śmiech pojawiał się regularnie, a kolejne sceny wyraźnie trafiały do widzów.
Kawalerowie kontra małżeństwo
Punktem wyjścia komedii Michała Bałuckiego jest prosty i wdzięczny teatralnie pomysł. Grupa mężczyzn skupionych w tytułowym klubie kawalerów przekonuje samych siebie i otoczenie, że małżeństwo oznacza utratę wolności, a życie bez zobowiązań jest znacznie rozsądniejszym wyborem. Problem zaczyna się wtedy, gdy owe deklaracje zostają skonfrontowane z rzeczywistością i z kobietami, które nie zamierzają podporządkować się męskim teoriom.
Bałucki buduje swoją komedię przede wszystkim na charakterach. Nie ma tu jednego bohatera, który całkowicie dominuje nad akcją. Jest za to cała galeria męskich typów – od zadeklarowanych przeciwników małżeństwa, przez nieśmiałych i zagubionych, po takich, których deklaracje o wolności bardzo szybko okazują się mniej trwałe, niż sami chcieliby przyznać.
W spektaklu Panią Mirską gra Maria Seweryn, a jej córkę Marynię – Justyna Ducka. Monika Fronczek wystąpiła w Tarnowie jako Jadwiga Ochotnicka, natomiast Izabela Dąbrowska wcieliła się w Pelagię Dziudziulińską. Po stronie tytułowych kawalerów oglądamy Adama Krawczuka jako Wygodnickiego, Macieja Karbowskiego jako Topolnickiego, Rafała Rutkowskiego jako Piorunowicza, Tomasza Drabka jako Nieśmiałowskiego, Macieja Wierzbickiego jako Sobieniewskiego oraz Michała Zielińskiego jako Motylińskiego. Kelnerów Ignacego i Antoniego grają odpowiednio Józef Mika i Aleksander Kaźmierczak.
Siłą spektaklu jest zespołowe aktorstwo
Największą siłą tarnowskiego pokazu było właśnie aktorstwo zespołowe. Trudno wskazać jedną rolę, która całkowicie wybijałaby się ponad pozostałe, bo „Klub kawalerów” działa dzięki temu, że cały zespół utrzymuje wspólny rytm. Aktorzy dobrze czują moment wejścia z puentą, potrafią zostawić miejsce na reakcję widowni i nie gubią tempa nawet wtedy, gdy akcja zaczyna wyraźnie przyspieszać.
W komedii tego typu to sprawa kluczowa. Dowcip zapisany na papierze nie wystarcza – trzeba jeszcze zagrać go tak, aby pointa padła dokładnie w odpowiednim momencie. W Centrum Sztuki Mościce ten mechanizm działał bardzo dobrze.
Szczególnie dobrze wypadają sceny, w których pewność siebie bohaterów zderza się z ich realnymi zachowaniami. Jedni bronią kawalerskich zasad niemal programowo, inni znacznie szybciej ulegają emocjom, zazdrości czy zauroczeniu. Dzięki temu przedstawienie nie zamienia się w jednostajny ciąg dowcipów, ale opiera się na wyraźnie zróżnicowanych charakterach.
Krystyna Janda nie modernizuje Bałuckiego na siłę
Za reżyserię i opracowanie tekstu odpowiada Krystyna Janda. I to właśnie sposób, w jaki podeszła do Bałuckiego, jest jednym z atutów przedstawienia. Nie próbuje ona udowadniać, że XIX-wieczna komedia jest na siłę tekstem o współczesności. Pozostawia jej obyczajowy kostium, ale prowadzi całość szybko, lekko i bardzo aktorsko.
Nie ma tu potrzeby dopisywania wielkich nowych znaczeń czy przerabiania klasycznej komedii na manifest o dzisiejszych relacjach damsko-męskich. Janda ufa tekstowi i aktorom. Dzięki temu „Klub kawalerów” nie traci charakteru starej komedii, a jednocześnie nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu.
To dobra decyzja, bo siła tej sztuki tkwi właśnie w komedii charakterów. Męska pewność siebie, zazdrość, pozowanie, deklaracje składane na wyrost czy zasady obowiązujące tylko do momentu, gdy zaczynają przeszkadzać – to wszystko pozostaje czytelne także dla dzisiejszej publiczności.
Trochę teatralnej kuchni
Za lekkością przedstawienia stoi spory zespół realizatorów. Scenografię przygotowała Zuzanna Markiewicz, kostiumy Tomasz Ossoliński, światło Katarzyna Łuszczyk, choreografię Emil Wesołowski, a za oprawę literacką odpowiada Szymon Majewski. Producentem wykonawczym i asystentem reżysera jest Cezary Margiela.
To nie są w tym przypadku wyłącznie nazwiska z teatralnej metryczki. „Klub kawalerów” jest przedstawieniem, które wymaga bardzo precyzyjnego rytmu scenicznego. Ruch aktorów, wejścia, reakcje, ustawienie postaci, zmiany tempa i momenty pauzy muszą być zsynchronizowane. Gdyby któryś z tych elementów się rozsypał, komizm szybko straciłby siłę.
Na scenie tej pracy nie widać wprost – i właśnie o to chodzi. Widz ma wrażenie lekkości i naturalności, choć za takim efektem stoi dokładnie ustawiony mechanizm.
Tarnów wszedł do przedstawienia
Dodatkowym smaczkiem poniedziałkowego spektaklu były lokalne odniesienia. Ze sceny padała nazwa Tarnowa, a jeden z bohaterów wybierał się nawet do miasta na sprawę sądową.
Takie drobne zmiany natychmiast wywoływały reakcję widowni. To prosty, ale bardzo skuteczny zabieg. Spektakl przywieziony z Warszawy przestaje być wtedy wyłącznie gotowym przedstawieniem pokazywanym w kolejnym mieście, a na moment zaczyna należeć do lokalnej publiczności.
Aktorzy dobrze wyczuwali te reakcje i potrafili je wykorzystać bez przeciągania scen czy nadmiernego podgrywania pod widownię.
Bałucki nadal działa
Oczywiście „Klub kawalerów” jest tekstem pochodzącym z innej epoki. Część relacji damsko-męskich, sposób mówienia o małżeństwie czy obyczajowe założenia zdradzają wiek sztuki. Nie wszystko brzmi dziś tak samo świeżo jak w chwili powstania utworu.
Ale właśnie dlatego tak ważny jest sposób gry. Och-Teatr nie próbuje ukrywać wieku tekstu. Zamiast tego wydobywa z niego to, co nadal funkcjonuje – komedię charakterów, ludzką próżność, niekonsekwencję, uczuciowe komplikacje i wieczne zderzenie teorii z praktyką.
Najważniejszym sprawdzianem każdej komedii pozostaje jednak widownia. W poniedziałkowy wieczór w Centrum Sztuki Mościce publiczność reagowała często i spontanicznie. Było słychać śmiech, a aktorzy mieli z widzami dobry kontakt niemal przez całe przedstawienie.
„Klub kawalerów” okazał się dzięki temu mocnym punktem tegorocznej Talii. Nie dlatego, że proponuje teatralną rewolucję, ale dlatego, że pokazuje coś pozornie prostego, a w praktyce wymagającego: jak zagrać klasyczną komedię tak, by ponad sto lat później nadal naprawdę bawiła publiczność.
Tekst i fot. (Smol)

