Zbyt niska frekwencja sprawiła, że niedzielne referendum w sprawie odwołania burmistrza Radłowa Mateusza Borowca nie przyniosło rozstrzygnięcia. Do urn poszło niespełna 600 mieszkańców, co oznacza, że wynik głosowania nie jest wiążący.
Nie będzie zmiany na stanowisku burmistrza Radłowa. Referendum przeprowadzone w niedzielę, 19 kwietnia, okazało się nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji. Jak poinformowała komisarz wyborczy Katarzyna Tutaj, udział w głosowaniu wzięło jedynie 598 uprawnionych, co stanowi 7,9 proc.
Aby wynik referendum był wiążący, do urn musiało pójść co najmniej 2452 mieszkańców, czyli 3/5 liczby osób uczestniczących w ostatnich wyborach samorządowych. Wymaganego progu nie udało się osiągnąć – frekwencja była nawet niższa niż liczba podpisów (764), które inicjatorzy referendum zebrali pod wnioskiem o jego przeprowadzenie.
Z powodu niespełnienia warunku frekwencyjnego nie było konieczności liczenia głosów oddanych za i przeciw odwołaniu burmistrza.
Referendum poprzedziła intensywna kampania. W przestrzeni publicznej pojawiły się liczne bilbordy i plakaty zachęcające do udziału w głosowaniu. Sam burmistrz Mateusz Borowiec apelował jednak do swoich zwolenników o bojkot referendum.
Wynik frekwencyjny wskazuje, że wielu mieszkańców zastosowało się do tego apelu. Tym samym burmistrz zachował stanowisko i – jak się wydaje – uzyskał polityczny oddech na kolejne miesiące sprawowania funkcji.
Mateusz Borowiec objął urząd w 2024 roku, wygrywając wybory samorządowe z poparciem 56 proc. głosujących (2264 głosy). Jego kontrkandydat, wieloletni burmistrz Zbigniew Mączka, uzyskał niespełna 44 proc. poparcia (1756 głosów).
Zgodnie z przepisami, kolejne referendum w sprawie odwołania burmistrza nie może zostać przeprowadzone wcześniej niż po upływie 12 miesięcy od ostatniego głosowania.
(Smol)
