„Grupa krwi” Anny Wakulik w reżyserii Wojciecha Urbańskiego, pokazana podczas XXX Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii TALIA w Tarnowie, zdecydowanie nie jest komedią w klasycznym znaczeniu tego słowa. To gorzka, chwilami ironiczna opowieść o rodzinie, pochodzeniu, majątku i nierównościach, które potrafią przechodzić z pokolenia na pokolenie. Spektakl Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie stawia wiele ważnych pytań, choć nie zawsze prowadzi widza do równie wyraźnych odpowiedzi.
Punktem wyjścia jest śmierć dziadka i pozostawiony przez niego testament. To właśnie dokument dotyczący spadku sprawia, że spotykają się ludzie należący do jednej rodziny, a jednak wychowani w zupełnie różnych światach. Łączy ich krew, dzielą natomiast pochodzenie, warunki życia, wykształcenie, pieniądze oraz rodzinne doświadczenia, które narastały przez kolejne pokolenia. Szybko staje się jasne, że nie chodzi jedynie o podział majątku, lecz o pytanie znacznie trudniejsze: ile w naszym życiu jest rezultatem własnych decyzji, a ile zostało ustalone jeszcze zanim przyszliśmy na świat.
Jedna gałąź rodziny wywodzi się z ziemiańskiego rodu i przez lata korzystała z pozycji oraz kapitału odziedziczonego po przodkach. Druga ma swoje źródło w relacji właściciela majątku z kobietą pochodzącą z niższej warstwy społecznej. Wspólny przodek nie oznacza więc wspólnego punktu startu. W ten sposób Wakulik buduje opowieść nie tyle o samym spadku, ile o nierównościach, które mogą być przekazywane równie skutecznie jak nazwisko czy geny.
Czy wszyscy naprawdę zaczynamy z tego samego miejsca?
„Grupa krwi” przygląda się temu, co dziedziczymy poza majątkiem. To mieszkanie, wykształcenie rodziców, sieć znajomości, poczucie bezpieczeństwa, sposób myślenia o świecie czy przekonanie, że określone rzeczy są dla nas osiągalne. Jedni bohaterowie mogą pozwolić sobie na wybór, inni przez większość życia próbują przede wszystkim utrzymać się na powierzchni. Autorka pyta więc, czy w społeczeństwie deklarującym równość szans rzeczywiście można wszystkich mierzyć tą samą miarą.
To jeden z najmocniejszych problemów postawionych w spektaklu. Łatwo powiedzieć, że każdy jest kowalem własnego losu, trudniej jednak pominąć fakt, że jeden człowiek rozpoczyna dorosłość z materialnym i kulturowym zapleczem, a drugi bez niego. Wakulik nie sprowadza przy tym konfliktu do prostego podziału na dobrych biednych i złych bogatych. Każda z postaci ma własne pretensje, uprzedzenia, kompleksy i przekonanie, że to właśnie jej punkt widzenia jest najbardziej uzasadniony.
Z czasem rodzinne spotkanie zamienia się więc w rozliczenie nie tylko z przeszłością, ale i z samymi sobą. Bohaterowie próbują ustalić, komu właściwie coś się należy, kto został skrzywdzony, a kto jedynie korzysta z sytuacji stworzonej przez poprzednie pokolenia. W tle cały czas pozostaje niewygodne pytanie o odpowiedzialność za winy przodków. Czy można odpowiadać za to, co zrobili ludzie żyjący kilkadziesiąt lat wcześniej, i czy można jednocześnie bez żadnej refleksji korzystać z tego, co po nich zostało?
Krew łączy, ale nie wyrównuje rachunków
Sam tytuł „Grupa krwi” ma kilka znaczeń. Z jednej strony oznacza biologiczne pokrewieństwo, którego bohaterowie nie mogą się wyprzeć, z drugiej przywołuje skojarzenie z dawnym pojęciem „błękitnej krwi”, czyli społecznym przekonaniem, że urodzenie samo w sobie może dawać wyższą pozycję. Te dwa znaczenia bardzo dobrze oddają istotę dramatu: wszyscy należą do jednej rodziny, ale historia przypisała im zupełnie różne miejsca.
W tym miejscu spektakl dotyka także szerszego problemu polskiej historii. Dawne podziały na ziemiaństwo, chłopów, służbę czy późniejszą klasę średnią formalnie przestały istnieć, ale ich skutki nie musiały zniknąć wraz ze zmianą ustroju. Majątek można stracić lub odzyskać, status społeczny może się zmienić, lecz pewne przewagi albo zapóźnienia ciągną się przez kilka generacji. „Grupa krwi” pokazuje, że historia rodziny potrafi działać jeszcze długo po śmierci ludzi, którzy ją stworzyli.
Jednocześnie nie wszystkie wątki są w spektaklu równie mocno doprowadzone do końca. Można momentami zastanawiać się, czy oglądamy przede wszystkim opowieść o nierównościach społecznych, o rozrachunku z ziemiaństwem, o rodzinnej traumie, o dziedziczonej krzywdzie czy może o iluzji współczesnej równości. Wszystkie te tematy są obecne, ale żaden nie staje się wyraźnie dominującą osią przedstawienia. I właśnie dlatego po spektaklu pozostaje nie tylko materiał do rozmowy, ale również pewien niedosyt.
Cztery postaci i kameralne napięcie
Na scenie pojawiają się tylko cztery osoby: Emilia Komarnicka, Olga Sarzyńska, Łukasz Lewandowski i Dariusz Wnuk. To bardzo kameralny układ, dzięki któremu cała energia przedstawienia skupia się na relacjach między bohaterami, ich słowach, reakcjach i niewypowiedzianych pretensjach. W warszawskiej realizacji Komarnicka gra Ritę, Sarzyńska Annę, natomiast Lewandowski i Wnuk występują w rolach dwóch Michałów.
Siłą spektaklu jest to, że aktorzy nie grają jedynie społecznych figur. Każda z postaci otrzymuje własny temperament i własny sposób reagowania na ujawniającą się historię rodziny. Konflikty narastają stopniowo, a dialog miejscami staje się ostry i ironiczny, dzięki czemu przedstawienie nie zamienia się w publicystyczny wykład o nierównościach. To właśnie aktorstwo sprawia, że nawet tam, gdzie tekst zaczyna mocniej eksponować swoje społeczne tezy, w centrum nadal pozostają ludzie.
Humor rzeczywiście pojawia się w „Grupie krwi”, ale jest to przede wszystkim humor gorzki, wynikający z dialogów, niezręczności i wzajemnych uszczypliwości. Nie zmienia on zasadniczego charakteru przedstawienia. Trudno traktować ten spektakl jako klasyczną komedię, bo jego zasadniczym paliwem są przecież nierówność, krzywda, pamięć i wzajemne poczucie niesprawiedliwości.
Reżyser bez nadmiaru efektów
Za reżyserię odpowiada Wojciech Urbański. Zdecydował się on na przedstawienie kameralne, skupione przede wszystkim na tekście i aktorach, bez dominujących nad opowieścią efektów inscenizacyjnych. Scenografię i kostiumy przygotowała Justyna Elminowska, muzykę Olo Walicki, za światła odpowiada Paulina Góral, a za projekcje Stanisław Zaleski.
Urbański nie próbuje również rozstrzygać sporu za widza. Kolejne argumenty bohaterów padają ze sceny, ale trudno odnieść wrażenie, że reżyser wyznacza jedną postać, której należałoby bezwarunkowo przyznać rację. Taki sposób prowadzenia spektaklu pasuje do tekstu Wakulik, który zamiast prostego rozstrzygnięcia mnoży kolejne pytania. Bywa to jego siłą, ale momentami również słabością, bo emocjonalne napięcie nie zawsze znajduje równie mocną dramaturgiczną puentę.
Anna Wakulik – autorka dobrze znana także w Tarnowie
Autorka „Grupy krwi” Anna Wakulik pochodzi z Gdańska. Jest absolwentką Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego oraz Szkoły Dramatu przy Teatrze na Woli, a jej teksty wielokrotnie trafiały do finału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Pisała między innymi „Zażynki”, „Waszą wysokość”, „Dziki Zachód”, „Błąd wewnętrzny” czy „Bohaterów”, a jej dramaty były tłumaczone i prezentowane także poza Polską. Od 2022 roku związana jest jako dramaturżka z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku.
W Tarnowie jej nazwisko nie jest zresztą obce. W latach 2012–2014 Wakulik była kierowniczką literacką Teatru im. Ludwika Solskiego, a właśnie dla tarnowskiej sceny powstał również jej dramat „Bohaterowie”. Ten związek z Tarnowem sprawia, że obecność „Grupy krwi” na Talii ma dodatkowy lokalny kontekst.
Sam tekst „Grupy krwi” powstał znacznie wcześniej niż warszawska realizacja. Książkowe wydanie dramatu ukazało się w 2022 roku, a polska prapremiera odbyła się 10 września 2022 roku w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie w reżyserii Agaty Biziuk. W Ateneum tekst był najpierw prezentowany podczas czytania performatywnego w maju 2024 roku, również pod kierunkiem Wojciecha Urbańskiego.
Warszawska premiera w 2025 roku
Pełna premiera „Grupy krwi” w Teatrze Ateneum odbyła się 18 października 2025 roku na Scenie 61. Spektakl trwa około 80 minut i wszedł do repertuaru warszawskiej sceny jako jedna z premier sezonu 2025/2026. W przedstawieniu występują Emilia Komarnicka, Olga Sarzyńska, Łukasz Lewandowski i Dariusz Wnuk.
To przedstawienie, które bardziej prowokuje do rozmowy, niż daje satysfakcję z jednoznacznego finału. Podejmuje bardzo interesujący problem dziedziczenia społecznej pozycji i rodzinnych krzywd, ale jednocześnie pozostawia widza z pytaniem, który z wielu poruszanych tematów jest dla autorki najważniejszy. Nie zawsze musi to być wada, bo teatr nie ma obowiązku dostarczać gotowych odpowiedzi. Tutaj jednak momentami chciałoby się, żeby niektóre z postawionych pytań zostały rozwinięte odważniej i bardziej konsekwentnie.
Po „Grupie krwi” trudno więc wyjść z prostym przesłaniem zamkniętym w jednym zdaniu. Zostaje za to pytanie znacznie ciekawsze: ile z tego, kim jesteśmy i gdzie znaleźliśmy się w życiu, rzeczywiście zawdzięczamy sobie, a ile ludziom, którzy żyli przed nami? I czy społeczeństwo może mówić o równych szansach, jeżeli jedni rozpoczynają swoją drogę kilka kroków przed innymi? To właśnie ten niepokój pozostaje po spektaklu najdłużej.
Tekst i fot. (Smol)

