„Była sobie Polska” na Talii. Szalona lekcja historii, która w Tarnowie nabrała lokalnego kolorytu

0

Historia Polski opowiedziana przez wikingów, rusałki, lalki, piosenki i kabaretowy absurd? W „Była sobie Polska” wszystko jest możliwe. Teatr Rampa pokazał w czwartek na XXX Ogólnopolskim Festiwalu Komedii Talia widowisko niezwykle dynamiczne, momentami wręcz szalone, a tarnowski pokaz dodatkowo wzbogaciły lokalne aluzje i bezpośrednia zabawa aktorów z publicznością.

„Była sobie Polska” nie jest klasyczną komedią z jasno poprowadzoną fabułą, którą można spokojnie śledzić od pierwszej do ostatniej sceny. To raczej teatralny rollercoaster: kabaret, musical, teatr lalek, groteska, historyczna fantazja i współczesna satyra zamknięte w jednym, trwającym około stu minut przedstawieniu. Autorzy – Max Łubieński i Michał Walczak – wrzucają widza w sam środek opowieści o początkach Polski, a właściwie o tym, jak przez wieki sami te początki sobie wyobrażaliśmy.

Spektakl powstał w warszawskim Teatrze Rampa, a jego premiera odbyła się 10 stycznia 2026 roku. Reżyseruje Michał Walczak, współtwórca scenariusza i jeden z autorów dobrze znanego kabaretu „Pożar w burdelu”. Już to wiele mówi o stylistyce przedstawienia. Nie należy oczekiwać podręcznikowej historii. Fakty spotykają się tutaj z legendami, narodowymi mitami, popkulturą i całkowicie absurdalnymi skojarzeniami.

Od Słowian do współczesności

Punktem wyjścia są mityczne początki Polski i Warszawy. Pojawiają się Słowianie, wikingowie, rusałki, syreny, misjonarze i kolejni bohaterowie narodowej wyobraźni. Historia jest jednak tylko tworzywem. Twórców zdecydowanie bardziej interesuje to, co przez następne stulecia zrobiliśmy z własną przeszłością i jak nieustannie budujemy z niej kolejne legendy.

Tempo jest ogromne. Ledwie widz zdąży odczytać jedną aluzję, pojawia się następna. Żart historyczny po chwili zamienia się we współczesny, a ten ustępuje miejsca piosence albo scenie z lalką. Niektóre pomysły trwają zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale natychmiast pojawiają się kolejne.

To największa siła spektaklu, ale jednocześnie jego pewna pułapka. „Była sobie Polska” jest przedstawieniem bardzo gęstym. Trzeba za nim nadążać. Część dowcipów znika, zanim widz zdąży je w pełni przetrawić, inne wymagają znajomości historii, kultury albo współczesnych odniesień. Momentami można mieć wrażenie, że pomysłów wystarczyłoby nie na jedno, ale na dwa albo trzy przedstawienia.

Nie jest to jednak chaos wynikający z braku kontroli nad materiałem. Przeciwnie – aktorzy poruszają się w nim z ogromną precyzją.

Aktorzy nie pozwalają widzom pozostać obserwatorami

Jednym z najciekawszych elementów tarnowskiego przedstawienia była relacja aktorów z publicznością. Granica między sceną a widownią wielokrotnie znikała. Artyści schodzili ze sceny, pojawiali się między rzędami, zwracali się bezpośrednio do widzów i wciągali ich w przebieg przedstawienia.

Dzięki temu publiczność nie pozostawała jedynie obserwatorem historyczno-kabaretowego szaleństwa. Stawała się jego częścią.

To szczególnie dobrze działało w Tarnowie, bo aktorzy wielokrotnie sięgali po lokalne odniesienia. Pojawiały się aluzje do miasta, miejsca, w którym właśnie grali, i do tarnowskiej publiczności. Nie wyglądało to jak mechanicznie dopisanych kilka nazw do gotowego scenariusza. Raczej jak świadome wykorzystanie formuły spektaklu, która pozwala reagować na miejsce i ludzi znajdujących się danego wieczoru na widowni.

W efekcie warszawska opowieść o początkach polskości i warszawskości na kilkadziesiąt minut stała się także przedstawieniem bardzo tarnowskim.

Dwie aktorki stąd

Ten lokalny wymiar miał jeszcze jeden interesujący kontekst. W obsadzie znalazły się dwie aktorki pochodzące z Tarnowa – Agata Łabno i Anna Mierzwa. Tarnowskie pochodzenie obu artystek podkreślano zresztą już przed festiwalem w materiałach zapowiadających jubileuszową Talię.

Agata Łabno bardzo dobrze odnajduje się w tej formie teatru. Potrafi w jednej chwili przejść od roli aktorskiej do wokalnej, od groteski do bardziej subtelnego żartu. Podobnie Anna Mierzwa. Zresztą cały zespół – Kamila Boruta-Marszałek, Agata Łabno, Agnieszka Makowska, Anna Mierzwa, Konrad Marszałek i Marek Zawadzki – pracuje jak dobrze funkcjonujący mechanizm. Przy takim tempie spektaklu nawet niewielkie zachwianie rytmu byłoby natychmiast widoczne. A rytm jest tutaj podstawą wszystkiego.

Lalki, muzyka i historia bez pomnika

Bardzo ważną rolę odgrywają lalki przygotowane przez Konrada Czarkowskiego. Nie są dodatkiem ani sceniczną dekoracją. Stają się pełnoprawnymi bohaterami spektaklu, pozwalając autorom jeszcze bardziej przesuwać granicę absurdu. Aktorzy jednocześnie grają, śpiewają i animują postaci, co wymaga ogromnej sprawności.

Muzyka Wiktora Stokowskiego także nie pełni roli zwykłego tła. Piosenki napędzają przedstawienie, komentują akcję i często niosą kolejne żarty. Do tego dochodzą kostiumy i scenografia Kamili Bukańskiej, choreografia Alisy Makarenko oraz animacje Kobasa Laksy. Powstaje z tego celowo przerysowany historyczny lunapark.

I być może właśnie określenie „lunapark” najlepiej oddaje charakter „Była sobie Polska”. Twórcy nie próbują wystawiać historii pomnika. Przeciwnie – zdejmują ją z cokołu, przebierają, rozmontowują i sprawdzają, co zostanie, kiedy narodowe mity potraktujemy z odrobiną dystansu.

Dostaje się przy tym wielu naszym przyzwyczajeniom: zamiłowaniu do wielkich narracji, historycznych traum, sporów o przeszłość i nieustannego poszukiwania jednej obowiązującej wersji narodowej historii.

Żart goni żart

Nie wszystkie dowcipy trafiają z jednakową siłą. Przy takiej liczbie pomysłów byłoby to zresztą niemożliwe. Czasami przedstawienie pędzi tak szybko, że chciałoby się, aby twórcy pozwolili niektórym scenom chwilę dłużej wybrzmieć.

Ale być może właśnie na tym polega przyjęta konwencja. Tutaj nic nie ma trwać zbyt długo. Żart goni żart, epoka epokę, a bohaterowie historii zderzają się z postaciami rodem z popkultury i współczesnymi skojarzeniami. To teatr dla widza, który lubi być zaskakiwany i który nie oczekuje, że wszystkie sensy zostaną mu dokładnie wyjaśnione.

Tarnów dostał własną wersję

Największym atutem czwartkowego pokazu na Talii było jednak to, że nie sprawiał wrażenia spektaklu po prostu przewiezionego z Warszawy do Tarnowa i odegranego według gotowej instrukcji. Aktorzy wyraźnie chcieli nawiązać relację z miejscową publicznością. Tarnowskie aluzje, reakcje na widownię, wychodzenie między ludzi i bezpośrednie zwracanie się do nich powodowały, że przedstawienie żyło tu i teraz.

W komedii festiwalowej to szczególnie ważne. Można perfekcyjnie powtórzyć każde słowo i każdy gest, ale wtedy widz ogląda jedynie dobrze wykonaną kopię wcześniejszego przedstawienia. W Solskim było inaczej – pojawiało się poczucie, że część tego wieczoru wydarza się właśnie dlatego, że spektakl grany jest w Tarnowie. I publiczność bardzo szybko tę propozycję podjęła.

Szalona Polska w stu minutach

„Była sobie Polska” nie jest spokojną opowieścią historyczną ani tradycyjną komedią. To widowisko głośne, kolorowe, bezczelne, chwilami absurdalne i świadomie przeładowane.

Może zmęczyć widza, który oczekuje linearnej fabuły. Może też sprawić, że po wyjściu z teatru będzie się przypominało kolejne żarty, które w czasie spektaklu przemknęły niemal niezauważone. Ale trudno odmówić mu oryginalności.

Na XXX Talii Teatr Rampa pokazał przedstawienie, które nie tylko żartuje z polskiej historii, ale przede wszystkim z naszego sposobu jej przeżywania. A tarnowskie odniesienia i bezpośrednia zabawa z publicznością sprawiły, że czwartkowy wieczór nie był jedynie kolejnym pokazem w festiwalowym programie.

„Była sobie Polska” w Tarnowie była przez chwilę także „Była sobie Tarnowska”. I właśnie ta nieprzewidywalność oraz poczucie wspólnej zabawy okazały się jednym z najmocniejszych punktów przedstawienia.

Tekst i fot. (Smol))

Share.

Comments are closed.

Exit mobile version